Co o rodzinie powiedział papież w Ekwadorze?

Parco de los Samanes / Guayaquil / Ecuador

Papież komentował Ewangelię o weselu w Kanie.

Brak wina na weselu porównał do braków, jakich doświadczamy w życiu. Przede wszystkim do samotności i braku miłości w relacjach.

Modlitwa może nas wyrwać z samotności. Otwiera nas na Boga i drugiego człowieka. Wzorem modlitwy jest dla nas Maryja.

Rodzina jest podstawową komórką społeczeństwa i Kościoła. Rodzina jest miejscem, w którym uczymy się żyć z drugim człowiekiem. Jest miejscem w którym rodzi się miłość.

Jeżeli nie ma miłości w rodzinie – chociażby ze względu na kryzys małżeństwa – Bóg może dokonać w niej cudu przemienienia.

Jezus chce marnować najlepsze wino, dla tych, którzy potrzebują uzdrowienia. Pragnie na nowo obdarowywać miłością.

Co ja bym zrobił

Chciałem napisać coś przygnębiającego. Coś o tym, że jesteśmy świadkami schyłku cywilizacji, że świat się kończy, że człowiek sam niszczy siebie. Słowem – nadchodzi „apokalipsa”…

Bo takie emocje towarzyszą mi, gdy słyszę o tym, co wydarzyło się w Stanach, gdy dowiaduje się że chłopak i chłopak to też rodzina, gdy mówią, że jest coś takiego jak prawo do dziecka (niczym domowego zwierzątka), gdy twierdzi się, że jest wolność słowa, ale pewnych spraw poruszać nie wolno. Wkurzam się, gdy oglądam serwis informacyjny i wiem, że mną manipulują. Na prawo i lewo.

Jeszcze bardziej irytująca jest pewność, że mój głos i tak nic nie zmieni. Jestem chrześcijaninem. Jestem księdzem. Powinienem milczeć.

Mieszkam na placu Zbawiciela, na Zbawixie. I choć wielu sytuacji, osób tu nie rozumiem, to darzę je wielkim szacunkiem. Wierzę, że Bóg dla każdego przygotował coś dobrego. Wierzę, że każdy może być świętym.

Co ja bym zrobił bez Boga? Pewnie napisałbym coś przygnębiającego. A tak cieszę się, że mogę żyć tu i teraz.

W drodze do Pragi

Coś niezwykłego dzieje się z człowiekiem, kiedy staje twarzą w twarz z drogą. Kto choć raz doświadczył, co znaczy pielgrzymować, już nigdy nie spojrzy tak samo na okazję wyrwania się z codzienności do czegoś niezwykłego.

Różnie można pielgrzymować. Na nogach, samochodem, autokarem, pociągiem, rowerem… Tym, co łączy pielgrzymów jest jednak nie środek lokomocji, ale gotowość podejmowania wyzwań. Nie ważna pogoda, warunki noclegu. Liczy się, że na chwilę można pobyć samemu z drugim człowiekiem i samemu ze sobą.

Ruszam z młodzieżą i studentami do Pragi. Niby niedaleko, mam jednak nadzieję, że wystarczająco, by poczuć się bliżej Boga.

Ewangelia o rezygnacji

Mamy tendencję, by łatwo rezygnować z podjętych planów, zwłaszcza wtedy gdy spotyka nas porażka, czy odrzucenie. Niejednokrotnie zdarza się chociażby, że nie widząc efektów modlitwy, zupełnie od niej odstępujemy. Przestajemy wierzyć w cuda, w to, że nasze trudne nieraz życie może ulec zmianie na lepsze. Realne wydaje się nam jedynie to, co niejako „wyrwiemy” światu przez trud i ciężką pracę. Coraz częściej liczymy tylko na siebie.

Dzisiejsze pierwsze czytanie mówi o ludziach, którzy utracili nadzieję na Bożą opiekę i błogosławieństwo. Zdaje się im, że życie z dala od Boga pozbawiło ich Jego łaski. Najwyższy przypomina tymczasem, że On nie odpycha nikogo, kto szczerze Go szuka. Kiedy wydaje się nam, że nasze życie straciło sens i zostaliśmy opuszczeni przez wszystkich, możemy ulec zaskoczeniu. Bóg nie rezygnuje bowiem z walki o nas nawet wtedy, gdy my wywieszamy białą flagę.

Ewangelia jest historią kobiety, nad którą zawisła groźba utraty tego, co miała najcenniejsze – ukochanej córki. Była ona Kananejką. Przedstawiciele tego narodu byli wrogo nastawieni do Izraelitów, których traktowali jako najeźdźców. Pomimo to, w imię walki o to, co dla niej ważne, kobieta decyduje się złamać panujące konwenanse. Prosi o pomoc Jezusa, który był Żydem. Ten wystawia jej wytrwałość na próbę. Ostatecznie nie może jednak pozostać nieczuły na gorącą wiarę kobiety. Dokonuje cudu uzdrowienia. Gdybyśmy tylko potrafili być równie ufni i cierpliwi na modlitwie!

W minionym tygodniu obchodziliśmy kolejną rocznicę „Cudu nad Wisłą”. W 1920 roku los naszej ojczyzny i całej Europy zawisł na włosku. Wydawało się, że nawała bolszewików łatwo przedrze się przez Warszawę i ruszy dalej na Zachód. Tak się jednak nie stało. Mimo kilkudziesięcioletniej tradycji, dziś unika się określania tego wydarzenia mianem cudu. Choć historycy mają prawo do własnych ocen, to sytuacja ta pokazuje pewną prawdę o współczesnym świecie…

Człowiek XXI wieku, to przecież człowiek postępu i rozumu, a nie cudów. Niemal wszystko potrafimy dziś wyjaśnić. Jednak tajemnica cierpienia ciągle pozostaje dla nas zagadką. Wobec trudności, które czasem spadają na nas niczym grom z jasnego nieba, nauka jest zwykle bezradna. Owa bezsilność może być źródłem zniechęcenia. Gdyby kobieta z dzisiejszej Ewangelii wycofała się po pierwszym „Nie!” Jezusa, życie jej i jej córki nigdy nie uległoby zmianie. Miała jednak w sobie silną nadzieję, która nie pozwoliła się jej poddać. Przykład Kananejki uczy nas, by uwierzyć, że i w naszym życiu Bóg może dokonać cudu. Nawet wtedy, gdy wydaje się nam, że zbyt daleko od Niego odeszliśmy.

Wszystko za życie

Dawno nie pisałem o czymś, co zobaczyłem i co mnie zachwyciło. W zeszłym tygodniu obejrzałem film „Into the Wild”, po polsku – „Wszystko za życie”. Zachwycił mnie. Uwaga! Będę streszczał fabułę!

Amerykańska produkcja z 2007 roku to historia młodego chłopaka Christophera McCandlessa, który decyduje się zostawić wszystko, co miał i ruszyć w świat. Pieniądze, które były na jego koncie (24000 dolarów!) przelał na konto fundacji dobroczynnej a samochód zostawił gdzieś po drodze. Zniszczył wszystkie dokumenty, które mogły poświadczać jego tożsamość. Odtąd miał być znany jako „Alexander Supertramp”, czyli po prostu Aleksander Superwłóczęga. Po co to wszystko?

W filmie snuje się kilka wątków, ale zasadniczy przekaz dotyczy poszukiwania prawdziwej wolności i szczęścia. Alexander przede wszystkim ucieka przed nachalną cywilizacją, która pozbawiła ludzi uczyć i wyzbyła z własnych przekonań. Ludzie, goniąc za pieniądzem i karierą, nie potrafią spokojnie ze sobą rozmawiać, wszędzie szukają podstępu a przede wszystkim myślą tylko o własnym interesie.

Główny bohater nie potrafi też znieść konfliktu, który narasta między jego rodzicami. Opuszcza dom jako chłopak, który nie chce dłużej słuchać kłócącego się z matką ojca. Uważa go za hipokrytę, który w domowym zaciszu jest agresorem, a przed światem kreuje się na spokojnego naukowca. Alexander jedyne oparcie znajduje w siostrze, która przez lata trudnego dzieciństwa była jego powierniczką. Teraz dziewczyna wspomina brata, który zniknął bez śladu i którego jej po prostu brakuje.

Supertramp szuka kontaktu z naturą, którą w wielkich miastach wyparły beton i stal. W ten sposób chce tak naprawdę odnaleźć samego siebie. Wyprawa w nieznane odkrywa przed nim wszystkie jego słabości i pragnienia. Na drodze spotyka ludzi, którzy którzy pomagają mu w duchowym dojrzewaniu.

W końcu dociera do celu, jakim była Alaska. Osiedla się w porzuconym autobusie i prowadzi niemal pustelnicze życie. Wydaje mu się, że w ten sposób osiągnął pełnię szczęścia. Jednak gdy pod koniec filmu zatruwa się toksyczną rośliną i jest wręcz pewny zbliżającej się śmierci, zaczyna płakać i zapisuje w pamiętniku następujące słowa:

Autentyczne szczęście można osiągnąć tylko wtedy, gdy można się nim z kimś podzielić.

Czasem wydaje nam się, że ucieczka od świata i jego problemów może wszystko w naszym życiu zmienić na lepsze. Jesteśmy w stanie oddać „wszystko za życie”, za prawdziwe życie. W pewnym momencie okazuje się jednak, że uciekając od pogoni za pieniądzem, zaczynamy inną gonitwę. Gdy wokół nas nie ma ludzi, z którymi moglibyśmy dzielić największe nawet szczęście, okazuje się ono zupełnie bezwartościowe.

Alexander pod koniec życia zorientował się, że Ci na których mu najbardziej zależało, którym chciał zaimponować, których chciał zmienić, zostali gdzieś daleko i w tym względzie jego starania okazały się daremne. Jednak w tej zupełnej samotności rodzi się w nim niezwykłe pragnienie Boga, który staje się jedynym powiernikiem jego radości. Ostatnie słowa jakie zapisał brzmiały:

Miałem szczęśliwe życie i dzięki ci, Panie. Do widzenia i niech Bóg was wszystkich błogosławi!

Warto wspomnieć, że film został oparty na prawdziwej historii. Ciało zmarłego Christophera McCandlessa, ważące zaledwie 30 kilogramów, odnaleziono na Szlaku Stampede na Alasce.

Jezus modli się za ciebie

Słowo Boże dzisiejszej niedzieli wzywa nas do walki. Jest zachętą, by na wzór proroka Eliasza i uczniów Jezusa, zmierzyć się z samym sobą – ze swymi lękami i niepokojami. W historii każdego z nas przychodzi okres, kiedy trzeba samotnie wyjść w góry lub wypłynąć w rejs po wzburzonym morzu życia. W czytaniach, które daje nam dzisiaj Kościół, z takiej samotności rodzi się spotkanie człowieka z Bogiem. Bowiem choć Najwyższego można odnaleźć nawet w hałasie wielkiego miasta, to jednak szczególnie upodobał sobie ciszę i „szmer łagodnego powiewu”.

Próbujemy czasem przed Bogiem uciekać i niczym Eliasz chowamy się wówczas w ciemnych grotach naszych przyzwyczajeń i stereotypów. Bóg jednak szuka nas i przemawia do naszych serc, budząc je z letargu i wzywając do podjęcia walki. To, co wartościowe wymaga trudu i zaangażowania. Jednym z najgroźniejszych mitów współczesnej kultury, jest przeświadczenie, że niemal wszystko można osiągnąć na pstryknięcie palców, bez zainwestowania sił i energii. I choć faktycznie wiele rzeczy jest dziś dostępnych na wyciągnięcie ręki, to jednak szczęście, które przynoszą jest na ogół nietrwałe.

Eliasz spotyka Boga w delikatnym powiewie wiatru, nie zaś w wichurze czy trzęsieniu ziemi. Bóg nie ukrywa się w tym, co głośne, spektakularne i niezwykłe, ale w tym co niepozorne, tam gdzie Go zwykle nie szukamy. Kontakt z Bogiem nie musi obfitować w nietypowe zjawiska, a nasze spotkanie z Wszechmocnym może być pełne prostoty. Szukając Go w zwyczajnej, codziennej modlitwie, z pewnością uda się nam się usłyszeć Jego głos.

W Ewangelii uczniowie walczą ze swymi słabościami na rozszalałym morzu. Wydaje się im, że pozostali bez pomocy Mistrza. Tymczasem Jezus wyszedł na górę, aby się modlić. Z pewnością tą modlitwą ogarniał także ich, prosząc Ojca by przetrwali próbę, żeby odkryli prawdę o swym życiu. Prawdę o ograniczeniach, które nie pozwalają im zobaczyć Boga nawet wtedy, gdy jest tuż obok. Jak często strach uniemożliwia nam właściwe rozeznanie trudnej sytuacji? Jedynym wyjściem wydaje się nam wówczas krzyk i głuche wołanie o pomoc. Nie pomaga to jednak w żaden sposób uciszyć serca targanego falami obaw. Jezus kieruje wówczas do nas te same słowa, które niegdyś uspokoiły uczniów: „Nie bójcie się. Jestem przy was!”.

Czując obecność Mistrza, Piotr ryzykuje i pragnie zrobić coś, co przekracza ludzkie możliwości – chce dojść do Niego po wodzie. Próba okazuje się nieudana, jednak Jezus cały czas czuwa nad bezpieczeństwem apostoła i ratuje go, gdy ten zaczyna tonąć. Także my możemy być pewni, że gdy coś w życiu ryzykujemy, by zbliżyć się w ten sposób do Boga, On na pewno nie zostawi nas samych.

Tekst opublikowany został pierwotnie w Tygodniku „Idziemy”.

Po co mi krzyż?

Każdy z nas doświadcza w życiu cierpienia i trudności. Każdy ma jakiś prywatny bagaż, który nie pozwala mu wchodzić po stromych schodach życia. Czasami wydaje się nam, że to tylko my zostaliśmy w tak wątpliwy sposób wyróżnieni przez los. Próba porównania się z innymi pod względem ilości problemów i przejść, niestety niczego nam jednak nie ułatwi, co najwyżej jeszcze bardziej wbije nas w poczucie osamotnienia na arenie zmagań z własnym życiem.

A w dzisiejszej Ewangelii Jezus mówi: „Weź swój krzyż!”.

Jezu! Dźwigam go przecież od tylu lat. Zdejmij go ze mnie, a nie nakładaj! Takie myśli mogą się w nas spontanicznie rodzić. Czy jednak Jezusowi faktycznie chodzi o to, by nas krzyżem dobijać? By nas krzyżem przerażać? By nas krzyżem zniechęcać?

Nie taki jest sens krzyża. Krzyż to przypomnienie, że na tym świecie nie jesteśmy sami i nie jedyni dźwigamy krzyż. Jezus szedł na Golgotę w towarzystwie dwóch innych skazanych. Wisząc na krzyżu nie przejmował się sobą, ale innymi. Jednego z łotrów udało Mu się nawrócić, a nad zgromadzonym ludem płakał, prosząc Ojca, by „nie poczytał im tego grzechu”. To jest nasze powołanie. Krzyż ma nas łączyć w naszych słabościach, być wezwaniem do wzajemnej życzliwości. Bo jak często zamiast drugiemu pomóc, przypominamy mu o jego krzyżu, o tym jak jest ciężki, jak gorzki czeka go koniec. A w ogóle najlepiej gdyby się poddał i skończył z sobą jak Judasz. To nie jest chrześcijańskie podejście do krzyża.

Krzyż czyni nas braćmi. Tak jak Jezus stał się bratem, czuwającego przy Nim na Golgocie ukochanego Ucznia. Nie potrzeba było wiele słów. Bo cóż możemy wobec tajemnicy cierpienia. Czasem milczenie pozwala powiedzieć, że czyjeś cierpienie faktycznie ma sens. Ale nie chodzi o milczenie tłumu jerozolimskich kobiet, ale milczenie Cyrenajczyka, który mimo wielu wątpliwości, potrafi pomóc, a nie gadać i zawodzić.

Nie wierzę

Nie wierzę. Po prostu nie wierzę w to, co się wokół dzieje. Mam nadzieję, że to tylko zły sen, który za chwilę się skończy. Już dawno zauważyłem, jak sprytnie można manipulować rzeczywistością, ale sprawa Chazana i w ogóle to co się wyprawia w sprawie aborcji, in vitro… życia, wręcz powala z nóg. I nie chodzi w zasadzie o wiarę, o Kościół… Tu chodzi o zwykłą ludzką uczciwość, o dziennikarską rzetelność, o prawdę.

W skrócie: przemysł (to słowo zapewne należałoby podkreślić) in vitro napędza przemysł aborcyjny, jeden i drugi posiłkuje się przemysłem antykoncepcyjnym, a ten nabiera rozmachu wskutek jednostajnie przyśpieszonego rozwoju przemysłu pornograficznego. A winny wszystkiemu jest zacofany Kościół i pazerni księża, którzy zachęcają do życia w enigmatycznej już dziś czystości. I jeszcze krzyczą z ambony, choć i tak nikt ich nie słucha, bo większość młodych ludzi w kościele pojawia się rzadko, o ile w ogóle.

Nie jest istotne, jak bardzo kobieta niszczy swoje ciało przez kolejne zabiegi mające na celu urodzenia dziecka lub jego uśmiercenie (czasem jedno i drugie naraz), ważne jest, że to konserwatywne ruchy pro-life niszczą jej wolność. A niszczą w ten sposób, że zachęcają do życia zgodnego, z tak modną wszak dzisiaj naturą.

Z kolei ruchy wspierające ideologię (to słowo też należy podkreślić) feministyczną i gender, nie widzą kobiety w roli matki – jest to przecież mało kobiece zajęcie. Odnalazłaby się ona z pewnością lepiej w roli ojca, czy mężczyzny… Bo może do tego została „stworzona”? Kobieta nie powinna podkreślać swej niewieściej natury, bo przecież to mogłoby zranić te przedstawicielki płci pięknej, które jej w sobie nie odkryły. W zasadzie mężczyźni też nie powinni być nazbyt męscy, bo może któryś z nich chciałby być kobietą?

Świat staje na głowie. Kiedyś śmiano się ze stwierdzenia jednego z polityków: „Nikt mi nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne”. Był to proroczy śmiech z siebie samych, bo dziś trudno niektórych przekonać, że mogą się po prostu mylić, że to co słyszymy w radio lub telewizji nie zawsze jest objawioną prawdą. Żeby nie było – chodzi mi tu tu zarówno o niektóre media kojarzone „liberalne”, jak i te jednoznacznie „katolickie”. Jako katolik ufam, że jako jedyny monopol na prawdę ma Jezus. Przepraszam zarazem za ten ideologiczny wtręt do wywodu.

Co z obecnej sytuacji wyniknie? Ciężko jednoznacznie ocenić. Inaczej. Strach patrzeć w przyszłość. Wydawało mi się zawsze, że są zasady których nikt nigdy nie naruszy, które są fundamentem czy aksjomatem bycia człowiekiem. Wydawało mi się chociażby, że pozbawienie kogoś życia jest po prostu zbrodnią, a dziś próbuje mi się wmówić, że życie małpy czy delfina jest niejednokrotnie cenniejsze niż małego człowieka. Obym w to nigdy nie uwierzył. Boję się jednak, że najgorsze kłamstwo powtórzone tysiące razy, dla niektórych w końcu stanie się prawdą…

Polska

Przyglądam się temu, co dzieje się ostatnio w naszym kraju. Nie, nie chcę opowiadać się po którejkolwiek ze stron narastających konfliktów, sporów… Moją uwagę przykuwa bowiem bardziej inny fakt. Przeglądając fora internetowe, serwisy społecznościowe, czy wreszcie zaglądając do prasy, bądź telewizji nie mogę oprzeć się wrażeniu, że narasta w nas – Polakach – jakaś dziwna niechęć do Polski. Jeżeli jakakolwiek afera miała komukolwiek zaszkodzić, to zaszkodziła nam samym.

Żeby wzbudzić w kimś niechęć do czegoś lub kogoś wystarczy chwila, tak zwane pierwsze wrażenie. Nierzadko jest jednak tak, że coś lub kogoś szacunkiem darzymy, jednak z czasem ów szacunek może przerodzić się w coś zgoła odmiennego. Jeżeli na coś ciągle narzekamy, to jak może nam to sprawiać radość? Chcielibyśmy być w Polsce szczęśliwi, ale jak rzadko dostrzegamy jej zalety, korzyści płynące z mieszkaniu tu właśnie? Czy faktycznie ich nie ma? Nie wydaje mi się!

Szczególnie mocno razi mnie, powątpiewanie o naszej wolności, niepodległości. Można być przez kogoś jawnie zniewolonym – tak było w czasach rozbiorów, komunizmu. Może być jednak też taka sytuacja, w której kajdany znajdują się w naszym myśleniu, w naszych sercach. Obawiam się, że tych nie wszyscy potrafią się pozbyć.

Wolność narodu zależy od wolności obywateli. Póki czujemy się zniewoleni, faktycznie trudno nam myśleć o miejscu, w którym żyjemy, jako o wolnym.

Życie na niby

Czasem czujemy, że życie przecieka nam przez palce. I niekoniecznie chodzi o moment, gdy wszystko, co dotychczas mieliśmy – bądź przynajmniej wydawało się nam, że mamy – odchodzi, znika. Czasem jest tak, że mamy wszystko a jakbyśmy nic nie mieli. Już chwyciliśmy Boga za piętę, ale po chwili namysłu okazuje się, że ów Bóg to chyba jednak jakiś taki na niby. Czytaj dalej Życie na niby