Dostrzec więcej

Dzisiaj przeżywałem pierwszą w życiu uroczystą procesję „Bożego Ciała” poza domem. Było to dziwne odczucie, stanąć przed tysiącami nieznanych ludzi i się z nimi modlić przed zakrytym jedynie cienką szybką Najświętszym Sakramentem. W rodzinnej parafii na procesji nigdy nie gromadziły się takie tłumy jak tu, w Warszawie. Jednak dzięki tym tysiącom warszawiaków udało mi się lepiej zrozumieć ogromną tajemnicę tej ważnej uroczystości. Oto Chrystus wychodzi jak Pasterz ze swoją owczarnią i idzie niczego się nie bojąc, nie chowając się za złotymi drzwiczkami tabernakulum. Idzie, patrzy i błogosławi…

A za nim idzie Jego Kościół. W tym dniu wyjątkowo licznie zbierający się na ulicach miast i wiosek. Wydawać by się mogło, że większość z tych ludzi przychodzi po prostu zobaczyć kolorowy pochód, który nie zdarza się co dzień. Kiedy jednak szedłem ulicami Warszawy i patrzyłem na twarze idących obok mnie ludzi, nie widziałem w nich tylko zainteresowania stosunkowo głośnym widowiskiem, ale też wyraz cichej adoracji. Często skrywanej pod pozorami znudzenia, zmęczenia czy przymuszenia do brania udziału w procesji, ale widocznej przy bliższym przyjrzeniu.

Ktoś wychodzi na ulicę, by wśród swoich owiec, tych najbardziej zagubionych, czynić cuda, nawracać, uzdrawiać. Dziękuję temu Komuś za to, że dzisiaj wyszedł też do mnie i pokazał mi drugiego człowieka, jako wzór modlitwy, skupienia i uwielbienia. Dziękuję Mu, że pokazał mi, że świat kontemplacji nie kończy się wraz z przekroczeniem furty seminarium, drzwi kaplicy. Tu on się dopiero zaczyna…

Dziękuję za oddech.
Dziękuję za mamę.
Dziękuję za miłość.
Za nadzieję.

Dziękuję za wojny.
Dziękuję za aborcję.
Dziękuję za cierpienie.
Drugiego człowieka.

Dziękuję bo przez niego mówisz.
Że bliżej mogę być Ciebie.
Że choć Nieosiągalny.
To przez niego Dotykalny.

Jesteś.

Jest Ktoś blisko

Jedną z największych tajemnic, na razie dla mnie nierozwikłaną jest Czyjaś obecność, którą po przekroczeniu furty seminaryjnej odczuwam coraz mocniej. Przekraczając mury domu formacyjnego wchodzi się w jakąś sferę przepełnioną mistycyzmem, magią. Nie wiem, może tylko ja to tak odczuwam? W każdym razie, niemal stale ma się poczucie czyjegoś działania. Seminarium jest miejscem, w którym dojrzewają powołania, w którym klerycy przygotowują się na posłanie przez Następcę Apostołów – Biskupa i naznaczenie nieusuwalnym piętnem Ducha Świętego. Ale ten Duch działa nie tylko dopiero w czasie święceń! Największym błędem wielu wierzących, jest dziś próba zamknięcia tego co niepojęte i z definicji nie do objęcia w żadnym kształcie, w materii. Próba sprowadzenia  rzeczywistości niebiańskiej na ziemię do figurek, obrazków, książek. Ma to swój sens, który w pełni ukazuje się w czasie przeistoczenia chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, ale nie można jednocześnie zapominać, że ten Ktoś działa niezależnie od tego, czy uda się nam Go „złapać”, „uwięzić”. I na tym polega między innymi jego ciągłe JEST.

Kiedy przychodzi zwątpienie, moment słabości,  człowiek zwykle czuje się samotny, opuszczony. Wydaje mu się, że nikt się nim nie interesuje, że jest tysiące ważniejszych spraw, niż jego problem. Najchętniej schowałby się wtedy, tak by nikt nie mógł go znaleźć. I to jest właśnie paradoks, że w osamotnieniu, nie szukamy wsparcia drugiego człowieka, ale przeciwnie, mając poczucie zranienia, próbujemy jeszcze od tej drugiej osoby uciec.

Było to zaraz po rozpoczęciu roku akademickiego- październik, może listopad- na zewnątrz, jak to zazwyczaj o tej porze roku- szaro, mokro.  Takie było też wtedy moje wnętrze. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, do kogo zwrócić się o radę. Nie miałem jeszcze osoby na tyle zaufanej, żeby móc się jej zwierzyć ze swoich wątpliwości, problemów. W końcu zdecydowałem się pójść do kaplicy.  Może zabrzmi to zabawnie, banalnie, ale tego dnia chyba po raz pierwszy w seminarium, może po raz pierwszy w życiu, doznałem trudnej do opisania obecności Kogoś. Bez słów, bez gestów. Gdy wychodziłem z kaplicy, czułem się już innym człowiekiem. Pogoda za oknem wprawdzie nie uległa zmianie, ale dla mnie świat nie był już tylko szary. Tę bliską obecność czuję ostatnio coraz częściej. Czy to moje uzurpacje? Nie wiem. Wiem jedno- jest Ktoś blisko…

Ty, który jesteś
byłeś, będziesz.
Przeniknij mnie.
Wejdź tam
gdzie nikt już
wejść nie chce.

Przyjdź.
Jak kiedyś
do tych którzy
czekali
w ukryciu…

Przeniknij mnie
chodź już dawno
zamknąłem się
przed Tobą.

Przyjdź.
Tak ja tylko
Ty potrafisz.
Nie w niepokoju
lecz w lekkim powiewie.

Przeniknij mnie
o Tajemnicze Tchnienie.

Przyjdź…
i zostań.

Mój dzień

Wiele osób zastanawia się jak wygląda życie przeciętnego kleryka seminarium duchownego. Zanim nie wstąpiłem, sam zresztą też nad tym myślałem. Wizje przepełnione ascetyzmem są jak się okazuje znacznie przesadzone. W normalny dzień pobudka – we własnym zakresie – jest o godzinie szóstej. Ja wstaje nieco wcześniej o około dwadzieścia minut. Ten czas mogę przeznaczyć na poranny prysznic i porządne rozbudzenie przed medytacją. Ta rozpoczyna się o szóstej trzydzieści. A co to w ogóle jest? Lektura Ewangelii przeznaczonej na dany dzień i przemyślenie jej. I choć o skupienie o tej porze trudno, to trzeba o to Słowo zawalczyć. Nikt z przełożonych nie stoi nade mną i nie sprawdza czy czytam czy już zasnąłem. Z medytacją jest nieodłącznie związana msza święta o godzinie siódmej. Wejście w tekst Ewangelii przed jej odczytaniem w czasie Eucharystii, niemal całkowicie zmienia sens jej rozumienia.

Po mszy wszyscy klerycy gromadzą się w refektarzu na wspólnym śniadaniu. Niestety nie trwa ono zbyt długo, bo już dziesięć po ósmej zaczynają się wykłady. Odbywają się one w systemie szkolnym – to znaczy wykłady trwają po czterdzieści pięć minut i są oddzielone pięciominutowymi przerwami. Wyjątkiem jest dwadzieścia pięć minut odpoczynku przed godziną jedenastą, czyli zazwyczaj spotkania z kolegami na kawie, a w moim przypadku herbacie – kawy nie piję. W ciągu dnia mamy pięć lub sześć wykładów. Po nich modlitwa brewiarzowa i obiad. Po posiłku bądź czas wolny bądź oficjum, czyli praca na rzecz wspólnoty seminaryjnej. Prace są przeróżne: od mycia podłogi po koszenie trawy w seminaryjnych ogrodach. O godzinie piętnastej trzydzieści zaczyna się studium, czyli czas przeznaczony na naukę. Niestety nie zawsze wykorzystywany zgodnie z przeznaczeniem…

Przed kolacją zbieramy się jeszcze na wspólne Nieszpory, czyli wieczorną modlitwę Kościoła psalmami. Po kolacji chwila rekreacji i znowu studium, które trwa do „Apelu jasnogórskiego”, którym zawsze rozpoczyna się wieczorna adoracja Najświętszego Sakramentu. Godzina od dwudziestej pierwszej do dwudziestej drugiej jest zaplanowana jako czas na osobisty kontakt z Bogiem. Nie musi być spędzona w kaplicy, równie dobrze można wyjść na zewnątrz i kontemplować Boga w przyrodzie czy zostać w pokoju i pomodlić się na różańcu.

Po adoracji już tylko chwila na toaletę i o dwudziestej drugiej trzydzieści gasimy światła. Dzień nie jest zatem tak bardzo napięty. Zasadniczo wszystko opiera się na odpowiednim rozplanowaniu dnia, ale tak jest chyba zawsze. Jedyna różnica jest taka, że w seminarium rytm dnia jest w jakiś sposób narzucony. Na początku jest to w jakiś sposób ograniczające i człowiek się buntuje, ale szybko można się przystosować. Okazuje się nawet, że jest to spore ułatwienie, bo dzięki życiu w pewnym rytmie, uświadamiam sobie lepiej każdą chwilę dnia i nie przelatuje mi on między palcami.

Zostawić wszystko…

Zostawić wszystko… Tak się zazwyczaj określa pójście do seminarium, zresztą sam często popadam w tego typu myślenie. Odciąć się od kolegów, koleżanek, rodziny, bliskich. Zostawić pasje, zainteresowania. Czy to prawda? W jakimś sensie zapewne tak, bo seminarium uczy rezygnować z siebie. Nigdy jednak nie nakazuje rezygnować z drugiego człowieka. Wręcz niewyobrażalne wydaje mi się po roku formacji seminaryjnej by zerwać kontakty z rodziną i przyjaciółmi. Istotne jest jednak, aby pamiętać, że to w takim a nie innym środowisku powołanie dojrzewało. To ci konkretni ludzie zdecydowali o takim a nie innym charakterze człowieka.Z własnej perspektywy mogę z całą pewnością stwierdzić, że gdyby nie rodzina o głęboko chrześcijańskich korzeniach, gdyby nie katolickie wychowanie i w większości wierzący koledzy w szkole, możliwe że nigdy nie przekroczyłbym furty seminaryjnej. Powołanie łatwo jest bowiem zagłuszyć. Ten Ktoś, Kto wzywa, na pewno się jednak przypomni. Zazwyczaj w najmniej spodziewanym momencie…

Kiedy życie wydaje się już poukładane a przyszłość zaplanowana, Ktoś woła. Można próbować nie słuchać tego głosu, można tłumaczyć, że to tylko chora katolicka wyobraźnia podpowiada takie głupstwo. Tyle tylko, że to wołanie będzie towarzyszyć człowiekowi przez całe życie. Nie oznacza to oczywiście, że gdy ktoś raz poczuje powołanie, to już na pewno zostanie księdzem czy zakonnikiem. Okres sześciu lat życia w seminarium ma pozwolić to powołanie rozeznać. Ma dać kandydatowi do kapłaństwa szansę wyraźnego usłyszenia wołania, na tyle wyraźnego, że nie będzie on już czuł wątpliwości, że to jego droga, jego powołanie. A kiedy człowiek słyszy najlepiej? Oczywiście wtedy, gdy wokół panuje cisza, gdy człowiek może wniknąć w swe najgłębsze i najskrytsze pokłady i wsłuchać się w rytm serca…

Podejmowanie prób słuchania, gdy tak naprawdę całe wnętrze człowieka gra, jest jednak bezskuteczne. Czasami, gdy w domu formacyjnym obowiązuje tak zwane silentium sacrum- święte milczenie, kiedy to usta zamykają się wraz z odśpiewaniem „Apelu jasnogórskiego”, a otwierają dopiero z wezwaniem „Panie otwórz wargi moje” z porannych modlitw brewiarzowych następnego dnia, całe moje wnętrze hałasuje, nie daje spokoju, woła, krzyczy. Zastanawiam się wtedy jak odpowiedzieć na czyjeś pytania, jak spożytkować pieniądze, jak zaplanować czas, kiedy spotkam się z rodziną… A Ktoś? Znika gdzieś pomiędzy „Ojcze nasz” a „Zdrowaś Maryjo”, rozpływa się w „Chwała Ojcu”. I choć usta wielbią jego Imię, to dusza jest gdzieś całkowicie indziej.

Zatem „zostawić wszystko” polega nie na tym, żeby jako zmuszony przez przełożonych oddać telefon komórkowy, oddać swój czas na pracę na rzecz wspólnoty seminaryjnej, ale by dobrowolnie dać. Przez nikogo nie przymuszony, wolny pozwolić temu Komuś mówić we mnie…

Ja

Kim jestem? Czy czuję się ekspertem, znawcą od powołań? Na pewno nie. W tym momencie jestem zapewne jednym z najbardziej niezorientowanych ludzi na ziemi. Przez dwadzieścia lat żyłem normalnie, chodziłem do szkoły, byłem nawet pilnym uczniem. Tymczasem podjęta decyzja o wstąpieniu do seminarium duchownego odmieniła praktycznie całe moje życie. Co prawda nad pójściem do seminarium zastanawiałem się już wcześniej, jednak oficjalną wersją dla wszystkich pytających o to co będę robił po maturze, było podjęcie studiów na wydziale prawa jednego z renomowanych polskich uniwersytetów. I niemal sobie to nawet wmówiłem…

Kiedy nadeszła pora podjąć ostateczną decyzję, bo upływały terminy składania dokumentów na uczelnie państwowe, nie wiedziałem tak naprawdę co zrobić. Z jednej strony rysowała się wspaniała perspektywa studiów na kierunku, który zawsze mnie interesował, z drugiej zaś zostawienie praktycznie wszystkiego i pójście do seminarium oddalonego od rodzinnego domu o ponad 90 kilometrów. Oznaczało to już na wstępie znaczne ograniczenie kontaktów z rodziną i bliskimi. Nie było łatwo. Pamiętam wieczór i noc pełną rozmów z mamą i siostrą. Nie wstydzę się przyznać, że nieco zwilżyłem tego dnia podłogę łzami. Czemu płakałem? Gdy człowiek ma zrezygnować z normalnego życia, a jednocześnie ma świadomość, że powołanie do kapłaństwa to niewyobrażalna łaska Kogoś, doprawdy staje przed wyborem niezwykle trudnym. Można tłumaczyć, że decyzja jest prosta- „Bóg tak chce”, nie ma się co zastanawiać, ale przecież takie myślenie jest głęboko idealistyczne.

Powołanie to chyba największa z zagadek, którą Ktoś pozostawił człowiekowi do rozwiązania. Ktoś w ten sam sposób co dwa tysiące lat temu, woła po imieniu. Można za tym głosem pójść, ale można i nie pójść. Czy ja go usłyszałem- nie wiem. Na szczęście teraz, każdego dnia otwierając Ewangelię, mogę się zapytać tego Kogoś- czy mnie wołałeś? (1 Sm 3, 5) Mnie, osobę tak naznaczoną grzechem, słabością, o której zapewne mało kto wie, w zasadzie chyba nikt tak do końca. Jedyne co mogę Ci zaofiarować to moje ręce. Nie, nie napracowały się one dotychczas, zawsze znalazła się osoba, która pracowała za mnie. Wykorzystaj je zatem, nie mam nic innego…

Pozwolę sobie sparafrazować znany wiersz księdza Jana Twardowskiego:

Własnego powołania się boję,
własnego powołania się lękam

i przed powołaniem w proch padam,
i przed powołaniem klękam

W lipcowy wieczór wyboru
dla innych szary zapewne-
jakaś moc przeogromna
z nagła poczęła się we mnie

Jadę z innymi tramwajem-
biegnę z innymi ulicą-

nadziwić się nie mogę
swej duszy tajemnicą

Po co?

Gdy zaczynam pisać od razu, mimowolnie, nasuwa się pytanie: „Po co?”. Po co pisać o sobie, tym bardziej o nieco zawiłej rzeczywistości jaką jest powołanie, gdy współczesnych ludzi od Boga bardziej interesują pieniądze, rozrywka czyli tak zwana „pełnia szczęścia”. I choć może to być mało zrozumiałe dla przeciętnego czytelnika, który zazwyczaj mało ma wspólnego z Kościołem czy wiarą w ogóle, to właśnie przez rozeznanie swojego życiowego powołania chcę to szczęście osiągnąć.

Największym błędem bowiem jaki popełniają dziś ludzie jest chyba właśnie ucieczka przed powołaniem. I nie chodzi mi tu bynajmniej o powołanie kapłańskie czy zakonne, ale o powołanie jako takie, czyli jako misję człowieka, którą Ktoś mu zlecił tu na ziemi do wypełnienia. Nie chcę używać słowa „Bóg”, gdyż nie chcę zostać posądzony o jedynie chrześcijański czy katolicki punkt widzenia na to zagadnienie. Wprawdzie zapewne przed nim nie ucieknę, ale będę się starał nie narzucać swojej wiary, wiary w Trójjedynego Boga, czytelnikom. Chcę bowiem przeprowadzić refleksję nad powołaniem nie od strony pobożnego kleryka seminarium duchownego, lecz zwykłego – niezwykłego człowieka, który ma cel…

Na dobry początek

Ciekawe jest, że mimo wielkiej niechęci jaką darzę uzewnętrznianie się w Internecie, zdecydowałem się jednak na założenie notatnika czy jak kto woli- bloga. Próbując dogonić życie, nadążyć za niewymownym postępem przełomu wieków, udało mi się zatrzymać na chwilę i dostrzec, że nie wszystko co wokół się dzieje jest zupełnie pozbawione sensu. Jest sens… Sens głęboko ukryty, dla wielu niedostrzegalny lub mało ważny. Ale jest…

Uświadomiłem sobie, że życie polega nie tylko na rzucaniu się w wir obowiązków, pracy, zwykle nieciekawych zajęć. Patrząc z okna pokoju, dostrzegam, że Ktoś to „wszystko mądrze uczynił” (Ps 104, 24).